Cicho wszędzie, głucho wszędzie - co to będzie, co to będzie? Zbliża się noc Dziadów...


Ostatnio głośno rozprawiano na temat rodzajów pochówków w Polsce. Kościół sprzeciwia się kremacji zwłok i odprawiania obrzędów pogrzebowych nad prochami. Arcybiskup Stanisław Gądecki uważa, że poprzez tradycyjny pogrzeb oddajemy należytą cześć i szacunek ciału ludzkiemu. To ono będzie zbawione, a nie prochy. Dopuszcza tylko taką możliwość, by msza pogrzebowa odbywała się nad trumną ze zwłokami, a potem, jeśli rodzina sobie tego zażyczy, można skremować ciało. W tym celu abp Gądecki wystosuje list pasterski, który zostanie odczytany podczas mszy świętych 13 listopada. A skąd tak naprawdę pochodzi ceremoniał całopalenia?  

 

Ciałopalenie było praktykowane w czasach pogańskich na terenach dawnych Słowian. Zmarłego ubierano w najlepsze szaty, przyozdabiano go biżuterią, często wyposażano go w broń, w przedmioty codziennego użytku. Kładziono go na stosie i podpalano. Ogień był symbolem oczyszczenia, dlatego palono zwłoki. Prochy były wsypywane do glinianych naczyń, zwanych popielnicami. Zakopywano je w ziemi lub w specjalnych kurhanach. Po tym obrządku odbywała się strawa, teraźniejsza stypa, która była ucztą na cześć zmarłego. To spotkanie nie polegało na umartwianiu się z powodu śmierci bliskiej osoby - podczas stypy urządzano zapasy, igrzyska, różnego rodzaju zabawy, tańce (jak czyniono za czasów starożytnego Rzymu). Całopalenie i strawa miały zapobiec błąkaniu się duszy zmarłego po ziemi i straszeniu po nocach. Ciekawostką jest to, że jedną z potraw przygotowywanych na stypę, była kutia. Dzisiaj serwuje się ją na Wigilię. Niegdyś wierzono, że dusze zmarłych wędrują do zaświatów, zwanych Nawią - to kraina na głębokim morzu, której panem i władcą był Weles - bóg śmierci. By dotrzeć do Nawii, dusze miały do pokonania Rzekę Zapomnienia, a to kosztowało, więc każda dusza była wyposażona w dwie monety. Wierzenia te były bardzo podobne do przekonań starożytnych Rzymian.

Chałtura na cmentarzach

Współczesne odwiedzanie cmentarzy na początku listopada, zapalanie zniczy na grobach, upiększanie ich kwiatami i wiązankami ma swoje korzenie w pogańskim obrządku, zwanym niegdyś dziadami lub chałturami. W nocy z 1 na 2 listopada ludność wiejska, w absolutnej ciszy, wędrowała na cmentarz, by wywołać tam dusze zmarłych. Obowiązkowo należało wziąć ze sobą jedzenie, jakieś napoje, by zadowolić przybyłą z zaświatów duszę. Ceremonii przewodniczył guślarz, starszy z ludu. Palono ogniska przy grobach, ponieważ wierzono, że ma on oczyszczającą moc (stąd teraźniejsze znicze). Wszystkie czynności wykonywano po to, by dusza nie błąkała się po ziemi i nie straszyła. Słowianie wierzyli, że zmarli dzielą się na dwie grupy: na szczęśliwych - zmarli naturalnie i na nieszczęśliwych - zmarli nagle, samobójcy, wisielcy, topielce, nienarodzone dzieci, matki, które umarły przy porodzie. Ci pierwsi mogli po śmierci stać się  dobrymi duchami domowymi, a ci drudzy wręcz przeciwnie - przeobrażali się w demony, straszące ludzi w nocy, w lesie itp. Zwano ich potocznie upiorami, lichami, marami, strzygami, wilkołakami - w zależności od tego, gdzie i kiedy straszyły. Obrzęd wywoływania duchów był popularny na Ukrainie, Litwie i Białorusi.

W dzisiejszych czasach, kiedy młodzież czyta "Dziady" część II Adama Mickiewicza uważa ten ceremoniał za science-fiction albo za kompletna bzdurę, a przecież jest to nasza historia. Polska należy do grupy narodów słowiańskich i ich dawne wierzenia były wyznawane i na naszych terenach. Zwłaszcza, że obecna tradycja odwiedzania grobów zmarłych w 1 i 2 dzień listopada pochodzi właśnie z dawnej, słowiańskiej Polski i jej kultywowanie jest naszym obowiązkiem.

  

K.S.


Polecany artykuł

x